Pokazywanie postów oznaczonych etykietą isana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą isana. Pokaż wszystkie posty

Nowy balsam do ust Isana z perełkami i wit.E

 Zapraszam dzisiaj na post o jednym z moich kilkunastu pielęgnacyjnych produktów do ust.
Markę Isana, dostępną tylko w Rossmannie znam dosyć dobrze i generalnie lubię, dlatego na ostatniej promocji na kolorówkę kupiłam ich balsam do ust z perełkami jojoba i wit.E , który ze zniżką kosztował około 5 złotych. Pomyślałam, że takie produkty idą w zimę jak woda, więc się przyda.
Jak się sprawdził w praktyce?
Zapakowany jest w kartonik, na którym jest wszystko szczegółowo opisane.
Sam balsam znajduje się w tubce, z której produkt wyciskamy bezpośrednio na usta.

Skład wydaje się dosyć OK. Wiadomo, że nie jest to produkt naturalny, ale nie ma w niej parafiny, która daje tylko ułudę nawilżenia. Jest olej z nasion słonecznika, wosk pszczeli, olej sezamowy i trochę dalej olej ze słodkich migdałów. Oprócz tego trochę brzydkich składników.

 Generalnie balsam jest w kolorze białym, a kolor mają nadawać czerwone perełki jojoba, które po roztarciu nadają mu różowawy kolor. Problem jest taki, że tych drobinek nie jest dużo i nie przy każdej aplikacji na usta uda się wycisnąć porcję z drobinką. Po rozsmarowaniu na dłoni widać owszem ten zmieniony kolor, ale na ustach niekoniecznie.
 Mi te perełki ani nie przeszkadzają ani nie pomagają tj. podoba mi się kolor zarówno bez nich jak i z nimi na ustach. Jednak nie jest to kolor balsamu do ust tzn. taki, który nadwałby delikatny połysk, ale raczej duży błysk, właściwy dla błyszczyków, więc raczej do używania przy związanych włosach, żeby się nie przyklejały do warg.
Samo nakładanie z tubki i rozsmarowywanie jest dosyć łatwe, ale jest to opcja dla dziewczyn, które nie potrzebują precyzyjnego makijażu ust.
Trzeba pamiętać, żeby tubkę przed otwarciem ugnieść, żeby formuła się połączyła. W przeciwnym wypadku wyciśniemy sam olejek, który będzie rozlewał się poza granice ust.
Musimy też uważać na ilość, bo gdy nałożymy za dużo to ciężko go równomiernie rozprowadzić, żeby nie zostawić smug, no i żeby nie wylewał się nam na brodę:)
Usta posmarowane tym balsamem wyglądają na pełniejsze, mocno się błyszczą.
Nie ma tu jakiegoś silnego działania pielęgnacyjnego, ale też nie pozostawia uczucia dyskomfortu gdy się już go zje.
Podsumowując:
Dla mnie jest to raczej balsam dla nastolatek, które zaczynają się malować i chcą mieć coś na swoich ustach. Do ochrony ust przed mrozami lepiej zaopatrzyć się w tradycyjną pomadkę w sztyfcie. Ja raczej ponownie bym go nie kupiła, chociaż słyszałam, że Isana wypuściła też węglową pomadkę i jej jestem bardziej ciekawa.

Znacie? Lubie Isanę?

3 słabe kosmetyki Isana

 Lubię tanie kosmetyki, a jeszcze lepiej jak są tanie i dobre. W poszukiwaniu takich często chodzę do Rossmanna i zerkam w stronę marek własnych, jak np. Isana. Niestety nie zawsze udaje mi się trafić na tanie perełki, wręcz przeciwnie. Tym sposobem uzbierałam grupkę trzech kosmetyków, które mogłabym nazwać kitami, a które sygnuje marka Isana.
 Zaczniemy od produktu, którego recenzja pojawiła się tutaj. I od razu zaznaczę, że to najmniejszy kit z całej trójki, czyli nie jest aż tak tragicznie z nim. Mam wersję owoce leśne masełka do ust i działa ona jak typowa wazelina, czyli pełni raczej funkcje ochronne niż pielęgnacyjne.


  •  nie nawilża ani nie odżywia
  • ciężko je wydobyć z opakowania
  • działa bardzo krótkotrwale-tylko gdy znajduje się na ustach wydają się nawilżone i miękkie, a gdy się zetrze jego działanie znika
Kolejny produkt to maska 13 w 1 (!) do włosów. Nie zwróciłabym na nią uwagi, gdyby nie promocja 1+1 na kosmetyki do włosów. Przeznaczona jest do włosów suchych i zniszczonych. Nie trzeba jej spłukiwać, więc pomyślałam, że powinna ładnie podkreślać moje fale. Producent obiecuje cuda na patyku-nawet przy kosmetyku za 50 zł nie znalazłam aż tylu obietnic, co przy tym za 10.
Z obietnic producenta właściwie żadna nie jest spełniona.

  • maska oblepia włosy, sprawia, że wyglądają na obciążone i ciężkie i już pod koniec dnia nadają się do mycia, chociaż staram się nakładać niewielką ilość
  • niespecjalnie ułatwia rozczesywanie
  • włosy wydają się bardziej matowe niż przed jej użyciem
  • przesusza włosy, co szczególnie widać po końcówkach
  • nie nawilża i nie pielęgnuje
Producenta mocno poniosło z opisem na etykiecie. Za takie coś powinno się karać.

Na koniec kolejny kosmetyk do włosów-suchy szampon dla brunetek. Po przetestowaniu klasycznej wersji (w morskim opakowaniu, z której byłam zadowolona) postanowiłam przetestować tą przeznaczoną stricte do mojego koloru włosów. No i nastąpiło rozczarowanie.


  • brązowo-rudy nalot dużo trudniej wyczesać niż biały, tworzą się plamy, co ani przy związanych ani rozpuszczonych włosach nie wygląda dobrze
  • nie odświeża włosów-są tępe w dotyku, matowe, ciężkie i trudno je ułożyć
  • nie dodaje objętości
  • włosy wyglądają nadal na brudne z tym, że są matowe z rudym nalotem

Podsumowując:
Nie polecam powyższych kosmetyków. Ja nadal będę testować nowości Isany (teraz mam ochotę na ich pianki pod prysznic) i nie zrażam się tymi niewypałami.

W przygotowaniu mam już post o hitach Isany, więc jak widać w każdej marce trafiają się dobre i słabe kosmetyki.

Lubicie Isanę?

Masełko do ust Isana-konkurencja dla tego z Nivea?

Isanę znam i lubię, dlatego wypatruję nowości, które są wprowadzane na polski rynek. Na poprzedniej promocji w Rossmannie na kolorówkę kupiłam więc dwa masełka do ust - o zapachu karmelu, a drugie owoców leśnych. Karmelowe rozdałam, a owoce zostawiłam sobie. Jak się sprawdziło? Czy różni się od tego z Nivea, bo nie da się ukryć, że było nim "inspirowane", chociaż Nivea ma o wiele wersji do wyboru.
Jego cena regularna to 6,99 zł, więc na promocji zapłaciłam za nie około 3. Na pierwszym miejscu w składzie ma olejek rycynowy, olejek z nasion słonecznika i jako ostatni olej jojoba. Zapakowane jest w kartonik, a samo masełko jest w blaszanym pudełeczku, tak samo jak to z Nivea.
Pachnie rzeczywiście owocami leśnymi, ale smaku żadnego nie ma. Gdy jest nowe trochę trudno je wydobyć z opakowania, ale potem jakby mięknie i nakładanie jest bezproblemowe. Wyglądem przypomina wazelinę, ale nie jest aż takie przezroczyste. Trzeba je oczywiście nabierać palcami, co nie jest zbyt higieniczne i wielu osobom może przeszkadzać. Ja osobiście też wolę produkty pielęgnacyjne do ust w sztyfcie, ale i tych w pudełeczku nie odrzucam.
Jak działa?
Nałożone na usta nadaje delikatny różowawy połysk, ja często używam go zamiast szminki, bo ten blask mi się podoba, nie jest nachalny. Usta się nie kleją
Co do działania pielęgnacyjnego-pielęgnuje bardzo krótkotrwale tj. wtedy gdy się na nich znajduje usta wydają się nawilżone, miękkie i pozbawione suchych skórek. Działania długofalowego nie zauważyłam, więc dla spierzchniętych ust na pewno będzie za słaby. Moje nie są wymagające, a i tak nie jestem z niego zadowolna. Nakładany na noc grubszą warstwą nie nawilża ich, ani nie odżywia. Bardziej natłuszcza niż nawilża, więc działa jak typowa wazelina, z tym że nie jest oparty na parafinie. 
Moim zdaniem spełnia bardziej funkcję ochronną np. przed wiatrem niż pielęgnacyjną i nawet obecność olejków tutaj nie pomogła.
 Podsumowując:
Nie kupię go ponownie, bo jest za słabe na nadchodzący okres jesienno-zimowy. Nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia, ale pamiętam że i tym z Nivea nie byłam zachwycona, a jest trochę droższe.

Znacie? Lubicie produkty do ust w takiej formie?

Alterra, Isana, Wellness & Beauty-3 kosmetyki marek własnych Rossmanna

Dla wielu z nas Rossmann jest zapewne miejscem gdzie najczęściej robimy kosmetyczne zakupy. Ja zawsze kiedy tam jestem zwracam uwagę na produkty, które stoją poniżej linii wzroku, niżej na półce. Te kosmetyki są zazwyczaj tańsze i mniej popularne, co nie znaczy, że gorsze od tych szeroko reklamowanych. 
Dzisiaj chcę przedstawić 3 produkty marek, które są dostępne tylko w Rossmannie, a które bardzo polubiłam i mam ochotę do nich wrócić (jeśli nic bardziej interesującego nie spotkam).
Zacznę od produktu Isany, która króluje w mojej łazience. Wszystkie kosmetyki tej firmy jakie posiadam pokazywałam w tym poście. Olejek pod prysznic bardzo polubiłam i swego czasu pojawił się nawet w ulubieńcach.
Jak większość z Was używałam go do mycia gąbek i pędzli do makijażu i byłam zdziwiona i zadowolona jednocześnie z tego jak świetnie radzi sobie z usuwaniem resztek podkładu czy pudru, z którymi nie radziły sobie inne myjadła. 
Świetnie sprawdził się też do mycia ciała i chociaż nie pachnie najpiękniej (dla mnie po prostu najtańszą oliwką do ciała) to skóra była z niego zadowolona-mył, ładnie się pienił, nie przesuszał, ale wręcz nawilżał skórę, nie pozostawiając tłustej warstwy, czego w olejkach szczerze nie znoszę. 
Kolejny olejek to ten z Wellness & Beauty. Jest on przeznaczony do masażu i zawiera olej sezamowy i ekstrakt z wanilii. 
Ja, jak większość olejków, stosowałam go zarówno na włosy, do kąpieli jak i do smarowania ciała. Najbardziej polubiłam to trzecie zastosowanie.
Stosowałam go na wilgotne ciało, przez co ładnie się rozprowadzał, umilając smarowanie przyjemnym, słodkim zapachem wanilii. Gdy chwilę odczekałam z nałożeniem piżamy, nie pozostawiał na niej tłustych śladów.
 Rano budziłam się z supermiękka, nawilżoną i przyjemnie pachnącą skórą. 
Bardzo go lubię zarówno za zapach, działanie, jak i za pompkę, która bardzo ułatwia stosowanie.
Jest to mój pierwszy kosmetyk z Wellness & Beauty (wcześniej uważałam tą markę za zbyt luksusową do mojej łazienki), ale na pewno nie ostatni.
Trzeci jest krem na dzień "Winogrona & Biała herbata" z Alterry, który chyba już został wycofany, bo ostatnio kosztował około 5 złotych. 
 Krem ten polubiłam głównie za to, że nadaje się pod makijaż. Nieźle nawilżał, szybko się wchłaniał, pozostawiając moją cerę miękką i gotową do nałożenia podkładu. Miał lekką konsystencję, która łatwo się rozprowadzała, koiła twarz i dawała jej porcję nawilżenia na cały dzień. 

Tak prezentuje się trójka kosmetyków marek własnych Rossmanna.
Jak uzbieram kolejną trójkę Rossmannowych firm to postaram się o kolejny post z tej serii.

Lubicie marki własne Rossmanna?

5 kosmetyków za 5 zł

W 2014 roku opublikowałam kilka postów z serii "5 kosmetyków za 5 zł". Od tamtej pory przetestowałam sporo dobrych i tanich kosmetyków, ale jakoś zapomniałam o tym cyklu, więc nie pojawił się zbiorczy post pokazujący produkty, za które zapłaciłam 5 zł. Dzisiaj powracam z tym cyklem i mam nadzieję, że tym razem nie zapomnę o nim na tak długo:)
Zacznę od dwóch rodzajów chusteczek: do higieny intymnej i do demakijażu.
Pierwsze pochodzą z firmy O'liner, Pro Femme i kupiłam je w Rossmannie za lekko ponad 3 zł, chociaż cena regularna to 4,99 zł. Opakowanie zawiera 20 chusteczek, a każda zapakowana jest w oddzielną saszetkę, więc to świetna opcja na wyjścia, żeby nie targać ze sobą całego pudełka.
Chusteczki nasączone są kwasem mlekowym i sokiem z aloesu. Świetnie odświeżają w ciągu dnia, przynoszą komfort i nawilżenie okolic intymnych.
Chusteczki do demakijażu z kolei to propozycja marki własnej Biedronki BeBeauty. Nie używam ich codziennie, bo od tego mam tradycyjny płyn micelarny i waciki, poza tym lubię spędzić kilka minut wieczorem w łazience na pielęgnacji twarzy.
Bardzo natomiast przydały mi się w szpitalu, żeby odświeżyć twarz i pozbyć się makijażu przy użyciu tylko jednego produktu. Pojedyncza chusteczka jest spora, więc spokojnie wystarczy, żeby zmyć zarówno kolorówkę z oczu, twarzy, jak i ust. Są odpowiednio nawilżone, nie podrażniają oczu i są łagodne dla skóry.
Dostępne są bodajże w 3 wersjach, ja mam jeszcze zieloną z płynem micelarnym.
Kolejna dwójka to produkty do włosów. Szampon lniany marki Barwa kupiłam do dogłębnego oczyszczania włosów co kilka myć. Muszę przyznać, że jest łagodny, zbyt łagodny do głębokiego oczyszczenia, pod tym względem działa dużo gorzej niż np. pokrzywowy. Nawet po dwukrotnym myciu czuję, że nie pozbyłam się wszystkich środków do stylizacji czy silikonów. W dodatku jego zużycie jest widoczne gołym okiem.
Z kolei Isana to marka własna Rossmanna, którą lubię i której wiele kosmetyków mi się sprawdziło, dlatego gdy szukałam lakieru do włosów, który ujarzmiłby moje pokręcone włosy po związaniu w koczka-kupiłam właśnie ten z Isany. To już mój egzemplarz, wcześniej miałąm wersję fioletową i też byłam z niej zadowolona. To lakier za 5 zł, który nie daje super mocnego utrwalenia, ale wystarczająco utrzymuje w ryzach moje napuszone włosy, gdy są związane, nie usztywnia ich w przesadny sposób i nie powoduje uczulenia. Dodatkowo jest wydajny. Myślę, że kupię kolejną butelkę, może w innej wersji.

I ostatni produkt to też zakup z Biedronki. Sól do kąpieli  "Kaszmir" to nowość, widziałam też drugą nową wersję-sosnową. Kupuję zawsze tą wersję, która akurat mi kolorystycznie odpowiada i każda sprawdza się świetnie-umila kąpiel, nadaje jej delikatnego koloru i zapachu i sprawia, że po prostu mam ochotę siedzieć w wannie jak najdłużej. To typowy kąpieloumilacz, który działa na zmysły, nie wysusza skóry i po prostu uprzyjemnia kąpiel.

Te wszystkie kosmetyki nie kosztują więcej niż 5 zł i jeśli tylko spotkacie je na półce w sklepie, to warto wypróbować. 

Znacie?

3 kosmetyki do włosów: bubel, średniak i hit

Cześć!
Do niedawna moim ulubioną kategorią urodową była pielęgnacja włosów. Rzadko jednak trafiałam na kosmetyki, które mnie zachwyciły i najczęściej w ulubieńcach żadnego włosowego kosmetyku nie było. Dzisiaj chciałam pokazać trójkę produktów, które obecnie używam, ale tylko jeden z nich mogę zaliczyć do hitów. Czy będzie to poniższy szampon, maska czy olejek? 
Zobaczcie:
Zacznę od szamponu. Zestaw kosmetyków Gzel  for Natura Siberica, składający się z szamponu właśnie, odżywki i peelingu do ciała spotkałam w grudniu zeszłego roku w Tesco. Ponieważ zbliżały się Święta zażyczyłam sobie ten zestaw pod choinkę. Od ponad miesiąca używam dwóch kosmetyków do włosów z tej serii i cóż tu dużo mówić-jestem rozczarowana.
Szampon "Carskie Jagody" zawiera łagodne składniki myjące i sporo ekstraktów. Za te carskie jagody są uznawane: żurawina północna, malina moroszka i rokitnik.
Jest on przeznaczony do wszystkich rodzajów włosów, w tym moich-normalnych, ale dosyć grubych i falowanych, ale nie spisuje się dobrze.
  • przede wszystkim nie czuję oczyszczenia skóry głowy ani włosów po jego użyciu-nawet gdy użyję go dwukrotnie
  • nie zmywa oleju-od razu po olejowaniu czuję, że są postrączkowane i niedomyte
  • niby nawilża włosy, ale u mnie to jest raczej przenawilżenie-włosy są długo mokre, od razu gładkie, ale ta gładkość szybko przeradza się w przetłuszczenie i jeśli bym się bardzo uparła musiałabym myć włosy codziennie, żeby być z nich zadowolona
Może sprawdzi się na włosach bardziej puszących się i zniszczonych, wtedy rzeczywiście może je wygładzić, ale i tak myślę, że konieczne byłoby codzienne mycie.

Jedyne co mi się w nim podoba to jagodowy zapach i żelowa konsystencja. Męczę się z nim okropnie. Odżywka też nie zachwyca tj. nie robi nic spektakularnego z moimi włosami, ale ją mogę zużyć do depilacji, jako baza pod olej albo do jej emulgowania. Ale co zrobić z nielubianym szamponem? Nie mam pomysłu.
Średniakiem z całej trójki okazała się maska do włosów suchych i zniszczonych z O'Herbal. Do jej zakupu skusił mnie ekstrakt z lnu, który dotychczas dobrze sprawdzał się w mojej pielęgnacji. Maska ma półlitrową pojemność i jest wydajna. Producent zaleca trzymanie jej tylko 2 minuty na włosach, co dla mnie jest nie do pomyślenia w przypadku takiego produktu. No, ale trzymałam zarówno te przykazane 2 minuty, 15 minut, jak i pół godziny pod czepkiem. 
Za każdym razem efekty nie powalały. 
 
Od maski oczekuję:
  • wygładzenia włosów
  • uczucia mięsistości i uelastycznienia
  • poczucia regeneracji, chociażby wizualnej
  • podbijania skrętu włosów
Ta maska:
  • puszy włosy
  • nadaje im słabego blasku
  • nie regeneruje, nie uelastycznia
  • nie daje uczucia mięsistości, które tak bardzo lubię
Do moich normalnych włosów jest za słaba, więc podejrzewam, że do suchych i zniszczonych tym bardziej się nie sprawdzi.

Nie wiem, może niepotrzebnie traktuję moje włosy jako suche i zniszczone, bo teraz zauważyłam, że raczej mam problem z ich przetłuszczaniem się u nasady, a nie przesuszonymi końcówkami.

 Na koniec prawdziwy hit z Isany-lekki olejek do włosów. W promocji kosztował mnie 8,99 zł za 100 ml. Można go stosować zarówno do olejowania i jako typowe serum na końce, chociaż producent widzi w nim 4 zakresy pielęgnacyjne. 
W składzie zawiera olejek z awokado, babassu i abisyński, chociaż jak na moje oko są tam też silikony.
 Sprawdziłam go do olejowania i nie byłam zadowolona-głównie dlatego, że ma dosyć gęstą konsystencję i nie czułam wnikania pomiędzy włosy, a jedynie ślizganie się po wierzchu. Jednak jeśli nie mam ochoty na smalec na włosach i typowe olejowanie, to używam właśnie tego olejku na mokre włosy przed myciem, żeby cokolwiek im dać.
Bardzo natomiast jestem zadowolona z tego jak działa na mokre włosy.

  • nakładany po myciu sprawia, że są miękkie, gładkie i błyszczące
  • gdy je suszę-zmniejsza elektryzowanie i robi je miękkie i gładkie w dotyku
Wygładza suche końcówki i sprawia, że wyglądają na zadbane i zdrowe. Nie obciąża i nie przyśpiesza przetłuszczania, a zawsze mam taką obawę w przypadku olejków stosowanych po myciu.

Jego największą zaletą jest niesamowita wydajność w stosunku do ceny. Na moje półdługie włosy wystarczy niecała pompka. Używam go od około 3 miesięcy, a nie ubyło nawet połowy. Podejrzewam, że prędzej mi się znudzi niż go wykończę. 


 Jak łatwo się domyślić z całej trójki mogę polecić jedynie olejek z Isany. Ja bardzo lubię kosmetyki tej firmy, bo są tanie, dostępne w każdym Rossmannie i zazwyczaj się dobrze u mnie sprawdzają. Jest dostępny też inny wariant tego olejku-z ochroną przed ciepłem.

Znacie powyższe produkty?

Ulubieńcy marca i kwietnia-coś do twarzy i ciała

 Jakoś tak się składa, że swoich ulubieńców pokazuję mniej więcej co dwa miesiące. W ciągu 30 dni ciężko jest mi znaleźć garstkę kosmetyków, które na to miano zasługują, a 60 dni to już co innego-w tym czasie mogę zarówno kupić jakiś nowy zaskakujący produkt jak i go polubić.
Tym razem pokażę 5 kosmetyków,które w ciągu marca i kwietnia umilały mi (w większości) wieczorną pielęgnację. Jakoś tak się złożyło, że 3 z tej piątki to produkty do twarzy.
Zapraszam na krótkie recenzje (dłuższe powinny się pojawić w przeciągu kilkunastu dni).
 Zacznę jednak od produktu, którego używam codziennie podczas kąpieli, a jest to produkt pierwszej potrzeby. Po podrażnieniu jakiego nabawiłam się przy udziale Lactacydu, szukałam czegoś co ukoi okolice intymne i będzie bezpieczne dla mojego ciążowego stanu. Wtedy kupiłam właśnie hipoalergiczny specjalistyczny płyn ginekologiczny z Białego Jelenia.
 Jak na tą firmę to dość drogi specyfik, bo kosztuje około 16 złotych, ale świetnie złagodził podrażnienie już po kilku użyciach, przyniosi ukojenie,zapewnia komfort przez cały dzień i odświeżenie, którego w tego typu produktach poszukuję.

 Kolejny kosmetyk to świetnie znany olejek pod prysznic z Isany. Używałam go do tej pory tylko do mycia pędzli i radzi sobie z tym świetnie-idealnie domywa gąbki i pędzle z podkładów i innych kosmetyków kolorowych. 
Z jego głównego zastosowania również jestem zadowolona-skóra po kąpieli jest gładka, miękka, elastyczna, nawilżona i rozpieszczona. Nie pozostawia tłustej warstwy, czego nie znoszę na ciele. Nie przeszkadza mi zapach, po prostu pachnie jak oliwka, chociaż wiem, że inni na niego narzekają.
Plus również za opakowanie, które się nie tłuści i etykietę, która nie zamięka.
 I pora na trójkę do pielęgnacji cery. 
Odkąd zobaczyłam serię Carbo Detox Bielendy, wiedziałam, że właśnie żel węglowy do mycia twarzy będzie na mojej wishliście (poza popularnymi maskami w saszetkach). Zamówiłam go przez Internet za około 14 zł, bo nie sądzę, żeby w mojej mieścinie był dostępny stacjonarnie.


Podoba mi się w nim wszystko-mroczne opakowanie, arbuzowy zapach, czarny kolor żelu, konsystencja i przede wszystkim działanie. Świetnie oczyszcza i odświeża cerę, nie powodując ściągnięcia, pomimo dokładnego mycia. Twarz po nim jest pięknie wygładzona, zmatowiona i wygląda na zadowoloną.
Po bardziej szczegółową recenzję zapraszam w przyszłym tygodniu.
Do oczyszczania twarzy używam również pasty z serii Liście Manuka Ziaji. Pisałam na Instagramie, że jestem chyba jedną z ostatnich osób, która tą pastę testuje, bo do Ziaji generalnie zaufania nie mam, no ale promocja na ten produkt zrobiła swoje.
Używam jej zarówno jako produkt do mycia, peelingu (z lub bez szczoteczki elektrycznej) lub maski pozostawianą na 10-15 minut. Za każdym razem jestem zadowolona z działania-twarz jest odświeżona, oczyszczona i gładka. Nie powoduje podrażnienia, mimo sporej ilości drobinek. Mam wrażenie, że pory są dokładnie oczyszczone, cera jest gotowa na dalsze zabiegi i dzięki niej kolejne produkty, które nakładam działają efektywniej.
To chyba pierwszy kosmetyk Ziaji, który tak polubiłam.

Kończymy na produkcie, który od dawna chciałam mieć. W końcu kupiłam (też przez Internet) i się nie zawiodłam.
Żel aloesowy jest znany ze swoich właściwości nawilżających i kojących. Używam go do pielęgnacji włosów i twarzy. Na włosy nakładam go pod olej (dzięki czemu są lepiej nawilżone i olej lepiej się wchłania, co skutkuje zwiększonym blaskiem i mięsistością), a na twarz pod serum, co też daje efekt lepszego nawilżenia i złagodzenia cery. Wiem, że też dobrze działa na podrażnienia po depilacji.
Ogólnie-uwielbiam takie uniwersalne i wszechstronne produkty, bo to bardziej ekonomiczne:)

 Tak wygląda piątka ulubionych produktów wiosny. Na maj szykuje się edycja wyjątkowa, bo pokażę w niej (chyba) tylko produkty do makijażu. Mam kilka kosmetyków, którymi jestem zachwycona po kilku użyciach i jeśli moje zachwyty się potwierdzą to będzie w maju kolorowo:)

Znacie wyżej wymienione produkty?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...